Nie każda historia kończy się rozmową.
Czasem kończy się ciszą.
Nie dlatego, że zabrakło słów.
Tylko dlatego, że wszystko już zostało powiedziane wcześniej — w niedopasowanych oczekiwaniach, w powtarzających się schematach, w zmęczeniu, którego długo nie chciało się nazwać.
Zawsze myślałam, że domknięcie musi być głośne.
Że trzeba coś wyjaśnić.
Postawić kropkę.
Powiedzieć ostatnie zdanie.
A potem odkryłam, że największą kropką bywa brak potrzeby rozmowy.
Granica nie musi być ostrym zdaniem.
Nie musi być dramatem.
Czasem jest spokojnym: „już nie chcę”.
I co najciekawsze — w tej ciszy nie ma złości.
Nie ma satysfakcji.
Nie ma udowadniania czegokolwiek.
Jest lekkość.
Taka, której dawno nie czułam.
Może dlatego, że przestałam próbować naprawiać coś, co od dawna nie było moje.
Może dlatego, że przestałam się zastanawiać, czy ktoś zrozumie.
Może dlatego, że pierwszy raz wybrałam siebie bez tłumaczenia się.
I w tej przestrzeni nagle zrobiło się miejsce na coś, co było ze mną zawsze.
Na halę.
Na parkiet.
Na pierwszy gwizdek.
Na dreszcz przed meczem.
Na dumę z ludzi, którym kibicuję.
Są miłości, które uczą.
I są miłości, które zostają.
Moja ma czternaście lat.
Pachnie halą sportową.
Brzmi jak piłka uderzająca o parkiet.
I daje mi ekscytację, której nie trzeba analizować.
Dziś nie kończę historii z hałasem.
Nie zamykam jej trzaskiem drzwi.
Po prostu idę dalej.
W stronę światła hali.
Z aparatem w ręku.
Spokojna.
Skupiona.
I uśmiechnięta.
Bo czasem cisza naprawdę bywa odpowiedzią.
Dodaj komentarz