Niektóre marzenia spełniają się po cichu
Są takie dni, których nie planuje się przez lata.
Po prostu przychodzą.
Kilka dni temu wsiadłam do pociągu i pojechałam do Olsztyna. Tym razem nie jako kibic siedzący na trybunach.
Po raz pierwszy z akredytacją.

Muszę przyznać, że stres był większy, niż się spodziewałam. Nie dlatego, że bałam się zdjęć. Bardziej dlatego, że wszystko było dla mnie nowe.
Gdzie odebrać identyfikator?
Którym wejściem wejść?
Czy na pewno wszystko robię dobrze?
Przez chwilę wydawało mi się, że nigdzie nie ma żadnych informacji. Ostatecznie, dzięki życzliwości kilku osób, udało się znaleźć właściwe miejsce.
A później dostałam identyfikator.
Niby tylko kawałek plastiku z napisem „MEDIA”.
A jednak dla mnie znaczył znacznie więcej.
Był potwierdzeniem, że warto próbować. Że czasami trzeba zrobić pierwszy krok, nawet jeśli nie ma się pewności, co będzie dalej.
Kiedy weszłam na halę i usiadłam przy parkiecie z aparatem w rękach, emocje były zupełnie inne niż zawsze.
To nie był zwykły wyjazd.
To było doświadczenie, którego długo nie zapomnę.
Wróciłam z Olsztyna nie tylko z tysiącami zdjęć.

Wróciłam z jeszcze większą motywacją.
Mam świadomość, że przede mną jeszcze bardzo długa droga. Wiem też, że wiele muszę się nauczyć.
Ale chyba właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.
Kilka miesięcy temu nawet nie pomyślałabym, że będę mogła napisać taki wpis.
Dzisiaj mogę.
I mam nadzieję, że Olsztyn był dopiero początkiem.
Bo czuję, że ta historia dopiero się zaczyna.