Są takie dni, kiedy tęsknota nie jest ciężarem.
Nie przygniata, nie boli, nie podcina nóg.
Przychodzi po cichu — jakby usiadła obok i tylko przypomniała o sobie lekkim dotykiem na sercu.
I właśnie taką tęsknotę czuję teraz.
Nie taką, która krzyczy, że czegoś brakuje.
Raczej taką, która mówi: „to było ważne… i będzie jeszcze ważniejsze”.
Zauważyłam, że czasem najbardziej tęsknimy nie za wielkimi chwilami, ale za tymi krótkimi momentami, które zostawiły w nas spokój.
Za spojrzeniem, które potrafiło uciszyć wszystko wokół.
Za dotykiem, który był delikatny, ale zapamiętany do dziś.
Za obecnością, która na chwilę sprawiła, że świat był prostszy.
I ta tęsknota nie sprawia mi już lęku.
Przeciwnie — jest spokojna, cicha, dojrzała.
Jakby wiedziała, że to, na co czekam, ma sens.
Że nie trzeba niczego przyspieszać, udowadniać ani głośno mówić.
Bo są ludzie, przy których nawet czekanie jest piękniejsze.
I czasem wystarczy świadomość, że to, co prawdziwe, wraca — w swoim czasie, w swoim tempie, dokładnie wtedy, kiedy powinno.
Dodaj komentarz